Dwudziestojednoletni student, Ukrainiec, a już właściciel firmy  w Preinkubatorze Akademickim w Rzeszowie, która od września 2015 roku zatrudniła kilkanaście osób. Jak to się robi?

 
Vadym Melnyk: Droga była długa. Wszystko zaczęło się 6 lat temu, gdy na Ukrainie udało mi się wygrać konkurs w ramach FLEX (Future Leaders Exchange) i na rok wyjechać do USA. FLEX to program wymiany oferowany przez Departament Stanu USA dla słuchaczy szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych. W jego ramach uczniowie spędzają rok w amerykańskiej szkole średniej i mieszkają z amerykańską rodziną. 
 
Dzięki tej wymianie trafiłem do świetnej szkoły w Minnesocie, w której działało koło naukowe z robotyki i gdzie już na starcie usłyszałem, że najważniejsza jest umiejętność współpracy i kreacji w zespole. Szybko się też okazało, że przez 3 miesiące nauczyłem się wielu praktycznych rzeczy. Z zespołem zbudowaliśmy na konkurs robota, za którego programowanie odpowiadałem. Dzień przed jego prezentacją zauważyliśmy, że robot nie działa jak należy, całego rozłożyliśmy na części, a ja ponowne pisanie kodu skończyłem zaledwie 15 minut przed startem konkursu. Były nerwy, ale więcej szczęścia, bo zajęliśmy pierwsze miejsce. Dzięki temu pojechaliśmy na światowy konkurs robotyki i tam zajęliśmy trzecie miejsce. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że w życiu wszystko jest możliwe i mocno wierzę w to do dziś. Tym bardziej, że po rocznym pobycie w USA wróciłem na Ukrainę i założyłem pierwszy zespół z robotyki, z którym zajęliśmy trzecie miejsce na europejskim konkursie w Rumunii.

Można wywnioskować, że nauka informatyki na Ukrainie jest na całkiem dobrym poziomie.
 
I tak, i nie. Chodziłem do bardzo dobrego, jednego z najlepszych na Ukrainie liceum w Iwano- Frankowsku (dawnym Stanisławowie), dzięki czemu brałem udział w wielu olimpiadach informatycznych, które uczniowie z naszego liceum często wygrywali. Miałem ogromne szczęście, że trafiłem do tego licem i jak to zwykle bywa, przesądził o tym przypadek. Mój kolega wybrał tę szkołę, a ja podobną decyzję podjąłem dwa tygodnie przed egzaminami wstępnymi. Kolejnych 14 dni spędziłem nad książkami, ucząc się po 20 godzin dziennie, ale do liceum się dostałem i maturę też w nim zdałem,  co wcale nie było proste. Oprócz bardzo wysokiego poziomu z przedmiotów podstawowych, były tam też zajęcia z tańca, języków  obcych, także łaciny oraz dodatkowe lekcje z matematyki i informatyki. Kończąc liceum bez problemu porozumiewałem się w pięciu językach: ukraińskim, rosyjskim, angielskim, niemieckim i łacińskim. Na studiach w Rzeszowie nauczyłem się jeszcze polskiego.

Imponujące ambicje i duże otwarcie na świat, jak na szkołę z miasta średniej wielkości ze Wschodniej Europy, spoza Unii Europejskiej. 
 
Może to zaskakiwać, ale w Stanisławowie, Lwowie, Kijowie jest wiele szkół o wysokim poziomie nauczania, ale to nie jest powszechne, zwłaszcza na Ukrainie Wschodniej. Co roku około 60 proc. uczniów ma problem ze zdaniem matury. Ja jednak większe kłopoty niż z nauką miałem z zachowaniem. Zawsze mówiłem, co myślałem. Numer telefonu do moich rodziców dyrektor trzymał na biurku. Co najmniej raz w miesiącu byli wzywani do szkoły. Miałem trochę na pieńku z profesorką od łaciny. Wciąż nazywała mnie tabula rasa. Na jednych z zajęć zaczęliśmy się uczyć przymiotników w stopniu wyższym i najwyższym. I ona, oczywiście:"Vadym, dalej jesteś tabula rasa?, ja zaś na to: ?Przepraszam, ale pani jest tabula rasissima?. I znów do dyrektora, rodzice wzywani do szkoły. Nie wiem, jak to wytrzymali. Jako 15-latek włamałem się też do systemu jednego z ukraińskich hoteli, skąd skopiowałem zabawne zdjęcie nauczycielki z naszego liceum pijącej wino i wrzuciłem na FB. Władzom szkoły bardzo się to nie spodobało i na kilka tygodni rzeczywiście zostałem usunięty ze szkoły. Po dwóch miesiącach, na szczęście, przyjęto mnie z powrotem. W tamtym czasie wygrałem też wyjazd do USA i władze stały się wobec mnie bardziej ?wyrozumiałe?.  Dobremu uczniowi wybacza się jednak trochę więcej.

Skąd więc studia informatyczne w Rzeszowie, w Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania?
 
W Iwano-Frankowsku chciałem zdać maturę, ale od zawsze widziałem, że studiować będę za granicą i że będą to studia informatyczne. Zraziła mnie skostniała biurokracja na Ukrainie, gdzie usłyszałem, że mam ambitne, ciekawe pomysły, ale tutaj innowacje nie są potrzebne. Wiem, że nie wszyscy tak myślą, ale wielu decydentów ma postkomunistyczną mentalność. 
Świetnie zdałem maturę, mogłem złożyć papiery na każdą właściwie uczelnię ukraińską, ale zdecydowałem, że pojadę do Polski. Dlaczego? Za sprawą kolegi, z którym kiedyś budowałem roboty, a który przekonał mnie do Rzeszowa i tutejszej kadry na uczelni, gdzie wśród nauczycieli nie brakuje pasjonatów robotyki.  Mówił o Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Wysłałem dokumenty i po dwóch miesiącach otrzymałem odpowiedź, że jestem przyjęty i mam pełne stypendium. To przesądziło o moi przyjeździe do stolicy Podkarpacia.
 
Robotyka i informatyka determinują Twoje życie od lat, ale skąd ten talent? W rodzinie dominują umysły ścisłe, techniczne pasje?
 
Nie, absolutnie nie. Mój tata pracował w policji, dziś jest na emeryturze. Mama, kiedyś  była nauczycielką w przedszkolu, dziś jest sprzedawczynią w sklepie. Ale babcia i dziadek pochodzą ze starej, radzieckiej inteligencji. W domu mieliśmy ogromną bibliotekę, ponad 5 tys. książek,  niektóre jeszcze z XIX wieku, które należały do  pradziadków, a potem do dziadków. Babcia jest Ukrainką, dziadek Rosjaninem, który przez większą część swego życia zajmował ważne stanowiska inżynierskie i kochał naukę. To on mnie inspirował do naukowych poszukiwań. Babcia i dziadek poświęcali mi bardzo dużo uwagi i dużo pieniędzy przeznaczali na moją edukację, za co zawsze będę im wdzięczny, podobnie jak i moim rodzicom. Tym bardziej,  że tak świadoma i zdeterminowana inwestycja w edukację nie jest na Ukrainie czymś powszechnym. 
 
Polska w Twoim życiu pojawiła się więc przez szczęśliwy przypadek? Nie ma mowy o polskich korzeniach, czy rodzinnych związkach z Polską? 
 
To prawda. Przyjeżdżając do Polski nie przeżyłem jednak szoku kulturowego, bo wcześniej już przez rok mieszkałem w USA, trochę wyjeżdżałem do Niemiec. Szokiem była absolutna nieznajomość języka polskiego. Chodziłem na kilkutygodniowy kurs, ale niewiele z niego wyniosłem. Przez pierwszy semestr w ogóle nie mówiłem po polsku, starałem się tylko dużo czytać w tym języku. W końcu trafiłem na Dzień Otwarty Kół Naukowych, podczas którego przedstawialiśmy różne projekty. Poznałem tam Michała Ręczkowicza, dziś właściciela PrimeBit Studio, z którym bardzo aktywnie współpracuję i nadal utrzymuję kontakty, a któremu kilka lat temu powiedziałem o moich fascynacjach robotyką i pokazałem kilka robotów. Michał zaproponował, bym poprowadził warsztaty z robotyki i to zmusiło mnie do bardzo intensywnej nauki języka. Warsztaty prowadziłem w piątek, a już tydzień wcześniej, od soboty, codziennie po 10 godzin przygotowywałem się do tych zajęć. Po 4 miesiącach tak intensywnej pracy w końcu poczułem się w polskim swobodnie.

Znany ukraiński poeta, Andrij Bondar w jednym z  wierszy tak opisał swoje wrażenia z pobytu w Polsce: ?Dlaczego oni wszyscy tak na mnie patrzą, czyżby wiedzieli, że jestem Ukraińcem. Za każdym razem myślę, wchodząc do kolejnego baru.? Zdarzało się, że dawano ci odczuć, że jesteś gorszy, zza wschodniej granicy, z biednej Ukrainy? 
 
W branży informatycznej jest pod tym względem trochę inaczej, na pewno lepiej. Jest wielonarodowa i wielokulturowa. Tylko w mojej firmie pracują osoby z Polski, Rosji, Ukrainy, kilka osób ze Stanów Zjednoczonych. Nie ma rasizmu, uprzedzeń, czy nacjonalizmu. Miałem natomiast kilka bardzo niemiłych przypadków, kiedy zostałem potraktowany bardzo źle tylko dlatego, że jestem Ukraińcem. Wiem jednak, że w każdej narodowości znajdują się lepiej lub gorzej wychowani i wyedukowani ludzi, dlatego nigdy nie oceniam całego narodu, czy wszystkich Polaków, przez pryzmat zachowań kilku osób. Złe rzeczy mogą zdarzyć się wszędzie i każdemu. 
 
Po kilku latach spędzonych w naszym kraju, jak dziś postrzegasz Rzeszów i Polskę?
 
W Rzeszowie jest bardzo dużo Ukraińców (śmiech). Niekiedy na zajęciach w WSIiZ czuję się jakby to była ukraińska uczelnia - na moim roku na informatyce jest 70 osób i co najmniej 50 studentów pochodzi z Ukrainy. W kolejnych latach będzie ich pewnie coraz mniej, bo kończy się unijny projekt dofinansowania studiów dla najlepszych informatyków z Ukrainy. Już teraz patrząc na młodsze roczniki można się doliczyć ok. 40 proc. Ukraińców.
 
Na jednym ze spotkań świata biznesu i nauki wspomniałeś, że miałeś biznesowe propozycje w Warszawie, innych krajach Europy, ale swój biznes chcesz budować w Rzeszowie. Dlaczego?
 
Nie lubię dużych miast i nie chcę tracić życia na stanie w korkach. Mniejsze miasta są też bardziej ekologiczne i przyjazne ludziom. Rzeszów jest stosunkowo niewielki, piękny, jednocześnie nie stanowi ograniczenia w mojej branży i dobrze mi się tu żyje.
 
Jako młody przedsiębiorca dostrzegasz w Polsce ograniczenia dla biznesu?
 
Najbardziej ogranicza mnie ZUS. Składki na ubezpieczenie społeczne są bardzo wysokie. Wysokie są także podatki. W Wielkiej Brytanii ubezpieczenie społeczne wynosi około 50 funtów, a dochody do 50 tys. zł w ogóle nie są opodatkowane. Muszę przyznać, że nawet na Ukrainie jest lepszy system podatkowy niż w Polsce. Podatki są tam teraz dwa razy niższe.
 
Ale nie wracasz?
 
Nie, raczej ściągam programistów z Ukrainy do Polski. Przełom maja i czerwca to będzie czas, kiedy zwiększymy zatrudnienie o kilkanaście osób, bo około piętnastu moich dobrych znajomych, którzy znają się na robotyce i programowaniu, kończy właśnie studia. Firmy nigdzie nie zamierzam przenosić. Rzeszów mi się podoba. Muszę jeszcze tylko kupić samochód i zrobić prawo jazdy. Bo do tej pory nie zdążyłem.
 
Branża informatyczna i możliwość zdalnej w niej pracy sprawiają, że nie szerokość geograficzna decyduje o sukcesie w  IT?

Z jednej strony tak, ale nie do końca. Takie miasta, jak Kraków, Warszawa i Gdańsk, mają większy potencjał intelektualny, naukowy, dostęp do profesjonalistów, ale to też kosztuje i rynek jest mocno wyeksploatowany przez międzynarodowe korporacje. Plusem Rzeszowa są niższe koszty ludzkie oraz bliskość Ukrainy, gdzie są ogromne zasoby ludzkie, także programistów.
 
To oznacza, że zasoby ludzkie w Twojej firmie, to w dużym stopniu Ukraińcy?
 
Stanowią oni znaczącą grupę. Wiele osób z Ukrainy pracuje u mnie zdalnie, co w przypadku tworzenia aplikacji mobilnych, stron internetowych, czy programowania chmury obliczeniowej jest wygodne  i dochodowe dla pracowników, którzy mieszkając na Ukrainie otrzymują wynagrodzenie w złotówkach, jak i dla pracodawcy, bo pozwala na optymalizację kosztów.
 
I pomyśleć, że twoja droga do otwarcia firmy w Preinkubatorze Akademickim tonęła w błocie i to dosłownie.

Dziś tamte zdarzenia rzeczywiście mogą się wydawać zabawną historią (śmiech). W połowie 2015 roku  poważnie zacząłem pracować nad własną firmą i zatrudnianiem programistów, ale miałem tylko lokal wielkości 15 mkw. Kolega podpowiedział mi, że wolne biura można wynająć w Preinkubatorze Akademicki, ale trzeba spełnić szereg wymagań. W końcu udało mi się umówić na rozmowę kwalifikacyjną, co też odbyło się w zabawnych okolicznościach. Zaledwie godzinę przed spotkaniem zorientowałem się, że pomyliłem adresy i rozmowę kwalifikacyjną mam nie w Preinkubatorze Akdemickim przy Politechnice Rzeszowskiej, ale w Inkubatorze Technologicznym w Jasionce, gdzie nigdy wcześniej nie byłem. Szybko znalazłem połączenia autobusowe i obliczyłem, że spóźnię się może 10 minut, o czym uprzedziłem osobę umawiającą mnie na spotkanie. Jak się okazało, byłem dużym optymistą. Trwała ulewa, gdy  wysiadłem na przystanku autobusowym przy lotnisku w Jasionce i prawie godzinę w deszczu i błocie szukałem Inkubatora. Na spotkanie dotarłem z ponad godzinnym opóźnieniem, cały mokry i po kolana w błocie. Smutny widok, mówiąc krótko. Tylko trochę doprowadziłem się do ładu i stanąłem przed radą, w której zasiadały dostojne, poważne i dojrzałe osoby, patrzące na mnie z nieskrywanym zdumieniem. Poproszono mnie o prezentację, której nie miałem, na szczęście wziąłem laptopa i z jego pomocą przedstawiłem stronę naszej firmy oraz wygrane międzynarodowe konkursy, o których napisało ponad 30 różnych pism. Mówiłem chyba z takim przejęciem, pasją i posługując się mądrą terminologią, że najwidoczniej się spodobało, bo biuro otrzymałem. Po tym spotkaniu przez ponad tydzień chorowałem, ale potem natychmiast wystartowałem z firmą. 
 
Tak powstał  Cervi Robotics. Skąd nazwa?
 
Najpierw było Cerebri Virtus. Kiedy po powrocie ze Stanów Zjednoczonych stworzyłem zespół zajmujący się robotyką na Ukrainie długo zastanawiałem się, jak go nazwać. Chciałem, żeby nazwa była mądra, ale i pociągająca. Akurat zaczęliśmy uczyć się w szkole łaciny i przyszło mi na myśl Cerebri Virtus - siła umysłu. Chłopakom się spodobało. Dobrze brzmiało. Kiedyś w Rosji była kreskówka o kapitanie Wrungielu (w polskim tłumaczeniu ?Przygody kapitana Załganowa?- dop. red.), zrobili w niej statek wodny i dali nazwę, która nawiązywała do Titanica, a konkluzja bajki była taka - jak statek nazwiesz, tak on popłynie. Pamiętałem o tym, kiedy wymyślałem nazwę dla swojej firmy. Była naprawdę udana, dlatego chciałem do niej nawiązać, kiedy tworzyłem kolejny zespół, już na studiach. Z Cerebri Virtus wziąłem więc pierwsze litery i powstało Cervi. Potem dodaliśmy do niej jeszcze Robotics. 

Parę miesięcy i już zatrudniacie 14 osób, planujecie otwarcie kolejnej spółki. Czym zajmuje się Cervi Robotics, że rozwija się w tak błyskawicznym tempie?
 
Naszą specjalnością są projekty naukowo-badawcze związane z dronami - sterowanie dronami, zarządzanie rojem dronów. Interesuje nas robotyka. Realizujemy projekt związany z małymi robotami, wykonujemy badania na zlecania dużych firm, dodatkowo zajmujemy się chmurą obliczeniową, czyli platformą Microsoft Azure i wszystkim, co na tym się znajduje, czyli Azure Machine Learning (systemy informatyczne, które automatycznie wydobywają ukryte w danych informacje, analizują je przy użyciu algorytmów i na podstawie otrzymanych wyników wyciągają wnioski - podają przyczyny zdarzeń, uzupełniają brakujące dane, wspierając proces podejmowania decyzji - dop. red.) Nasza specjalność to Big Data, strony internetowe z zaawansowaną logiką. Robimy także jeden własny projekt związany z dronami i e-commerce. Do tego drobniejsze aplikacje na zlecenia. Ale teraz tego typu zlecenia outsourcingowe przenosimy do nowej spółki: rzeszowsko-warszawskiej. 

Samymi dronami zainteresowałeś się już na pierwszym roku studiów?

Na pierwszym roku studiów była inteligentna gitara, która uczyła ludzi, jak na niej grać. Ja się nie nauczyłem, ale moja dziewczyna tak, więc to działa. Drony pojawiły się na II roku studiów, kiedy byłem w Hiszpanii. W cztery osoby stworzyliśmy zespół. Z tamtej ekipy został dziś ze mną dwie osoby. Jako firma w Preinkubatorze Akademickim działamy od września 2015.

Napisałeś, że Cervi Robotics powstało z marzeń o czymś z pozoru niemożliwym. Co miałeś na myśli?
 
Kiedy zaczęliśmy działać na Podkarpaciu, firm, które zajmowały się dronami było już bardzo wiele. W tej dziedzinie nie byliśmy innowatorami. Zastanawialiśmy się więc, co zrobić innego, aby się wyróżnić. Od dziecka marzyłem o tworzeniu inteligentnych robotów. Takich, które zachowują się niezależnie od człowieka. Dlatego z moją firmą od razu zajęliśmy się tematem autonomicznych dronów, które mają własną inteligencję, same latają, samodzielnie podejmują poprawne decyzje i w jakiś sposób ułatwiają życie człowieka. Obecnie pracujemy nad takimi rozwiązaniami, próbując skonstruować drona do patrolowania dużych terenów, który będzie przewidywać zagrożenia. Dron patrolujący las, mógłby latać nad drzewami, mierzyć temperaturę określonych obszarów, analizować i wybierać te, na których możliwość pojawienia się pożaru jest większa i częściej je patrolować. To nie tylko dron, ale dron plus inteligencja z naszego komputera. Interesują nas nie tyle rozwiązania konstrukcyjne drona, co tworzenie mikroprocesorów i odpowiedniego oprogramowania - pod konkretny cel. Idziemy w kierunku Apple?a, gdzie oprogramowanie jest dopasowane do sprzętu i sprzęt do oprogramowania, tworząc jedną całość. 
 
Skąd fascynacja sztuczną inteligencją?

60 procent tej dużej biblioteki w moim domu rodzinnym, o której mówiłem, to były książki science fiction, kolejne 20 proc. - encyklopedie, a reszty nie czytałem. Zawsze fascynowałem się Juliszem Vernem. Jego ?20 000 mil podmorskiej żeglugi? uwielbiam. Kocham też Stanisława Lema. Czasami przez książki mam problemy. Na pierwszym roku studiów prawie zawaliłem sesję, przez to, że znalazłem zestaw 220 książek na temat Gwiezdnych Wojen.  W dwa  tygodnie przeczytałem ich ponad 20. Skończyłem dzień przed egzaminem z informatyki. Miałem 6-7 godzin na przygotowanie. Zaliczyłem na +3 , z czego byłem bardzo zadowolony i poszedłem dalej czytać książki. 
 
Ile dziś już mogą roboty? Kiedy rzeczywiście doczekamy się sztucznej inteligencji?
 
To nie takie proste. Przez kolejne 5-6 lat czeka nas jeszcze dużo pracy. Natomiast cały czas roboty stają się coraz bardziej inteligentne. Na przykład 5 lat temu autonomiczny dron był czymś nie do pomyślenia, a dziś dron sam lata, sam wyciąga wnioski, uczy się i podejmuje decyzje. Ale to wciąż nie jest sztuczna inteligencja, tylko optymalne przetwarzanie ogromnych ilości informacji. Człowiek nie jest w stanie w ten sposób zanalizować np. 20-30 terabajtów zdjęć (1 TB = 1000 GB), a serwer zrobi to w kilka godzin i podejmie odpowiednie decyzje. Są, oczywiście, dodatkowe sieci neuronowe (nazwa struktur matematycznych służących do obliczeń - dop. red.), według których on się uczy, podejmuje lepsze lub gorsze decyzje, ale istotą tego wszystkiego jest po prostu przetwarzanie dużych ilości danych.
 
Czy kiedyś komputery mogą się nam wymknąć spod kontroli? Ziszczą się scenariusze takich filmów, jak ?Ja, robot?, w których sztuczna inteligencja przejmuje władzę na Ziemi?
 
Rozmawiałem niedawno z dr. Markiem Jaszukiem z mojej uczelni, który powiedział mi, że wraz z profesorem ze Stanów Zjednoczonych pracuje nad projektem związanym z tworzeniem kognitywnego modelu mózgu. Sednem projektu jest zaprogramowanie systemu potrzeb robota. Jeśli to będzie robot do sprzątania, jego celem i sensem życia ma być sprzątanie. Oczywiście, człowiek nie jest w stanie przewidzieć wszystkiego. Może pojawić się błąd. Jakaś zmienna przeważy nad innymi i zamiast sprzątać, robot zechce walczyć. To tzw. problem 1 procenta. Taki sam jest w dronach, całej robotyce, autonomicznych samochodach, które są bezpieczne w 99 proc. przypadków, ale zawsze jest jeden procent ryzyka, że takie auto doprowadzi jednak do śmierci człowieka. Kilka dni temu miałem spotkanie z firmą, która chciałaby monitorować linie elektryczne przy pomoc dronów. Ale zawsze jest ten problem, że dron w 99 proc. będzie skuteczny, ale jest jeden procent ryzyka, że jednak spadnie na te linie, zniszczy ich fragment i na 15-20 godzin 20 tysięcy osób zostanie pozbawionych prądu. To oznacza dla firmy większe straty, niż przyniosłyby oszczędności z używania dronów.  

Co twoim zdaniem w ciągu najbliższych lat najbardziej zrewolucjonizuje świat?
 
To są dwie technologie - IoT (z ang. Internet of Things), czyli Internet Rzeczy i Big Data. Do 2020 roku w otoczeniu każdego z nas będzie podłączonych do Internetu od 3 do 5 tys. rzeczy. Każdy kubek, każde biurko, każde krzesło będzie miało łączność z Internetem i dzięki wmontowanym w nie czujnikom, będzie przekazywać systemowi jakąś informację. Dziś ze zwykłego krzesła niewiele da się wywnioskować, ale kiedy dać na nie czujnik RFID, czujnik ciśnienia i dostęp do Internetu, to właściciel mebla będzie wiedział, kto na nim siedzi. Druga rzecz to Big Data - czyli optymalne algorytmy do przetwarzania całej masy informacji, które będziemy otrzymywać z tych wszystkich czujników. Jeśli podłączymy do Internetu chociażby 10 procent otaczających nas rzeczy, to ilość danych  w sieci wzrośnie gigantycznie i to trzeba w jakiś optymalny sposób przetwarzać. Algorytmy służące do takiego przetwarzania i wyciągania wniosków to coś, co ludzkość będzie zmuszona coraz szybciej rozwijać. One zmienią nasz świat. Przykładowo, w jednym z miast w Szwajcarii powstał system Smart ElectricGrid. Polega on na tym, że sieci elektryczne w domach są połączone w inteligentny system. Jeśli ktoś ma pralkę, to wrzuca do niej rzeczy i w smartfonie wybiera, w którym momencie chce z niej skorzystać - natychmiast, czy wówczas, kiedy będzie to najbardziej energetycznie ekonomiczne. W każdej chwili jest w stanie zoptymalizować pobór prądu, wybierając jego źródło i czas.

Ta rewolucja już na pierwszy rzut oka rodzi dwa problemy. Po pierwsze, czy to oznacza, że niedługo ludzie, którzy do tej pory wykonywali proste prace, będą bezrobotni? I drugi, gdzie magazynować takie olbrzymie ilości danych?
 
Powstają hiperserwerownie różnych korporacji. Microsoft ze swoim Azurem, Amazon z AWS-em, Google i kilka innych. Oczywiście, potrzebują one sporo przestrzeni. W Chicago  jedna serwerowania Microsoftu zajmuje ponad 65 tys. mkw.
 
Pola jak z ?Matrixa??
 
Serwerownie będą zajmować coraz więcej obszarów, ponieważ ilość informacji rośnie.
 
To rodzi pytania i obawy, czy aby nieustanny rozwój technologiczny nie doprowadzi jeszcze większych grup ludzi do wykluczenia społecznego?
 
W jednej z książek autor opisuje rzeczywistość za około 200, 300 lat. Ludzie oddali w niej zarządzanie miastami i ekonomią sztucznej inteligencji. I ona zarządzała tak, aby zaspokoić wszystkie ich  potrzeby. Ludzie mniej pracowali i mieli więcej czasu na hobby. Tworzyli muzykę, czytali książki. To miła perspektywa, ale czy realna?!W Norwegii powstał niedawno  projekt, w którym 2 tysiące osób ma dostawać  pensję w wysokości 800 euro na miesiąc. Bez względu na to, czy pracują, czy nie. Naukowcy chcą zobaczyć, jak będą się zachowywać. Czy zaczną pić, czy raczej będą szczęśliwi, znajdą czas na hobby? Jeżeli efekty okażą się pozytywne, to za jakiś czas Norwegia, będąca krajem o olbrzymich przychodach, zacznie każdemu wypłacać podstawową pensję bez względu na to, czy jest zatrudniony, czy nie. Dotychczasowe badania wskazują, że ludzie, którzy otrzymują minimalne środki na przeżycie, pracują z zadowoleniem. Kto zechce więcej, będzie mógł dorobić, pracując. Wydaje mi się, że wszystko idzie w tym kierunku.
 
Jesteś idealistą.
 
Wierzę, że bezrobocie nie będzie problemem przyszłego świata. Owszem, świat i narody muszą do tego dorosnąć. Nowe technologie rodzą też inne zagrożenia. Czytałem niedawno książkę, której autorem jest ekspracownik Facebooka. Opisał w niej, w jaki sposób firmy typu Google, Facebook, tworzą użytkownikom Internetu personalną ?bąbelkę?, zamykając nas w określonym kręgu informacji, spoza których nie wychodzimy na zewnątrz i ograniczając nam w ten sposób ogląd świata. To może być niebezpieczne.
 
0K3A6192
0K3A61781
Vadym Melnyk, finalista ogólnoświatowych konkursów z robotyki i programowania, założyciel i prezes Cervi Robotics sp. z o.o. zajmującej się m. in. inteligentnymi oprogramowaniami do przetwarzania informacji z robotów, aplikacjami mobilnymi oraz samolotami pionowego startu, pozwalającymi trzykrotnie zwiększyć czas lotu. Student informatyki w Wyższej Szkole Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie.
 
Źródło: biznesistyl.pl